Lubisz Zwierzenia Alkoholika?

Kliknij      i bądź na bieżąco!

Nie chcę w to klikać, pokaż stronę »

Zwierzenia Alkoholika

23 – Szpital psychiatryczny

Jest taki stan, kiedy człowiek zamienia się w kamień; kiedy jest tak mocno pijany, tak mocno nachlany – że zapada się w sobie i zamienia się w kamień…
Szanowni czytelnicy, dopóki nie znalazłem się w Szpitalu Psychiatrycznym przy ulicy Żółtych Kwiatów, nigdy bym nie pomyślał, że istnieje sen głębszy od tamtego. Jednak istnieje. Snem tym jest przytłumione lekami szaleństwo, które tygodniami wiruje w głowie alkoholika na oddziale dla nerwowo chorych. Chyba nie ma nic gorszego, jak usłyszenie od lekarza słów, typu:

Jest pan niepoczytalny, Panie Konstanty, chwilowo musi Pan zostać u nas. Proszę podpisać papiery.

Kiedy szaleniec trafia do szpitala psychiatrycznego po raz pierwszy, najwięcej ambarasu jest przy podpisywaniu papierów. Nikt nie chce podpisywać. Pacjenci bronią się przed tym jak przed ogniem. Robią wszystko, żeby nie podpisać papierów. Tak samo robiłem i ja. Wyzwałem wszystkich od pomyleńców, groziłem sądem, adwokatem, płakałem, gryzłem lub tez siedziałem godzinami i nie odzywałem się do nikogo. Niestety. Głosy w mojej głowie wciąż nie ustępowały i koniec końców zgodziłem się złożyć podpis na cyrografie, który skazywał mnie na całe życie.

Kiedy obudziłem się w wielkiej, szpitalnej sali przez kilka kwadransów nie pojmowałem, co się w ogóle dzieje, gdzie jestem i kim są te wszystkie żaglowce przepływające koło mnie. Co rusz zapadałem w sen. Zacząłem kojarzyć dopiero w czwarty dzień pobytu. Lekarz oddziałowy naszprycował mnie Metadolem tak mocno, że przespałem trzy dni.

Po trzech dniach fale ustały. Morze uspokoiło się i mój statek zaczął dobijać do brzegu. Żaglowce, które przez trzy dni przepływały obok mnie zamieniły się w ludzi. Pisk w mojej głowie stał się bardziej cichy.

Otworzyłem oczy.

- Zdzisiu, zobacz, facet chyba się obudził –usłyszałem głos z prawej strony.
- A no, chyba zaczyna kontaktować – odpowiedział głos z lewej.
- Bujnij się po pielęgniarkę, niech go w końcu odepną – powtórzył głos z prawej.

Kiedy spróbowałem wstać zauważyłem, że jestem przypięty pasami do łóżka. Ręce i nogi miałem przypięte grubymi skórzanymi pasami. Tułów przewiązany był pasem wykonanym z jakiegoś miękkiego materiału. Do fiuta przyczepione miałem coś w rodzaju gumowej cewki, z cewki wychodziła cienka rurka a przy końcu rurki wisiał wypełniony moczem pojemnik. Z miejsca poczułem się bardzo niekomfortowo. Jakbym został rozebrany do naga i postawiony na środku szkolnego apelu. Kiedy zauważyłem dwóch pacjentów siedzących z prawej i lewej strony, zapytałem:

- Gdzie ja kurwa jestem?!
- Jesteś w szpitalu psychiatrycznym. – powiedział poważnym głosem wiekowy, gruby facet siedzący z prawej strony.

Zapanowała dłuższa cisza. Towarzysze szaleńczej niedoli widocznie czekali na moją reakcję, co odpowiem, co zrobię. Nie odpowiedziałem nic. Oczy zamgliły mi się łzami a w gardle poczułem dławiącą falę zszokowanych burz. Dopiero po piętnastu minutach zapytałem:

- Ale dlaczego jestem związany?
- Wyrywałeś się pielęgniarkom i uciekałeś przed jakimiś duchami. Musieli cię przypiąć do łóżka. Nie martw się, połowa z nas to przechodziła. Zaraz przyjdzie Ogr z Freudem i cię rozepną.
- Kim jest Ogr? – zapytałem.
- To zabójca, chodzi po nocach i patrzy kogo zabić, uważaj na niego, zamordował tu już mnóstwo osób – powiedział bardzo poważnym głosem młody pacjent siedzący z lewej strony.
- Nie słuchaj go, gość ma paranoję lekową, dla niego wszyscy to potencjalni mordercy. Ogr to przerośnięty pielęgniarz. – powiedział starszy facet.
- A co ty tam wiesz?! Co ty tam wiesz! Nic nie wiecie. Nic nie wiecie. Ja wam mówię, on nas wszystkich pozabija!
- Nic nie pozabija. Uspokój się człowieku, bo i ciebie zaraz przypnę do łóżka. Nikt tu ci nic nie zrobi. – powiedział donośnym głosem wielki facet stojący przy wejściu. Obok niego stał łysy starszy facet niskiego wzrostu.
- Dzień dobry. Znalazł się pan w szpitalu dla nerwowo chorych. Przebywa tu pan czwarty dzień, trzy dni leży pan przypięty do łóżka ponieważ sprawiał pan problemy i dla pana dobra byliśmy zmuszeni pana unieruchomić. Jak się pan czuje? – zapytał doktor.
- Jest mi strasznie niewygodnie. Czy możecie mnie odpiąć? – powiedziałem z lekkim zdenerwowaniem.
Doktor podszedł z pielęgniarzem do łóżka. Wyjął z kieszonki lekarskiego fartucha szkiełko, pochylił się nade mną i zajrzał mi w oczy.
- Jak się pan nazywa?
- Konstanty Maj – odpowiedziałem.
- Ile ma pan lat?
- 30.
- Gdzie pan mieszka?

Przez chwilę nie mogłem sobie przypomnieć, co działo się kilka dni temu. Przez chwile nie wiedziałem, co działo się przez kilka ostatnich miesięcy. Przez chwile nie mogłem sobie przypomnieć, co robiłem przez kilka ostatnich lat.
Lekarz zadał kolejne pytanie.
- Czy pamięta pan, jak się tu znalazł?
- Zaraz, zaraz. Drzewa, drzewa, duchy, umarli – lekarz przerwał mi w połowie zdania.
- STOP. Żadni umarli. Proszę przypomnieć sobie, gdzie pan był i co pan robił przed przyjazdem tutaj.
Zamknąłem oczy mocno. Przez kilka sekund usilnie próbowałem sobie przypomnieć, co działo się kilka dni temu. Pierwszą moją myślą była Zuzanna. Zuzanna rozjaśniała w ciemnej przestrzeni jak dobry płomyczek nadziei. Za Zuzanna rozjaśniał drugi płomyczek, to było dziecko. Potem pojawiały się następne płomyczki. Przypomniałem sobie skąd pochodzę, szkołę, pracę, rodzinę, wyjazd do nadmorskiego miasteczka K., kumpli, alkoholizm.
- Napadli mnie. Gość chciał zabrać mi portfel i uderzył mnie w głowę. – powiedziałem.
- Tak. Policja już przekazała informację. Dostał pan bardzo silny cios w głowę. Być może spowodowało to tętniak i dlatego ma pan omamy. Widzę, że czuje się pan lepiej. Jeżeli się pan uspokoi, jeszcze dziś zrobimy prześwietlenie czaszki. Czy słyszy pan teraz jakieś głosy?
Z korytarza dobiegał cichy, lecz słyszalny głos: sssssssssss. Wiedziałem jednak, że lepiej nie muwić na ten temat lekarzowi nic. Im mniej będę mówił o głosach, tym szybciej stąd wyjdę.
- Nic nie słyszę – skłamałem.
Lekarz spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Na pewno? – dodał.
Na pewno. Na pewno.
- Na pewno to oni nadal tu są, czy tak?
- Nie!
- Myślę, że tak, panie Konstanty, i na pewno jeszcze trochę tu pobędą. Niestety, w tej kwesty, jeżeli chce pan wyzdrowieć, musi być pan ze mną szczery. Jest pan tutaj dla własnego dobra. Jeżeli będzie pan współpracował, szybciej pan wyzdrowieje i szybciej pan stąd wyjdzie. Czy będzie pan współpracował?
- Oczywiście, panie doktorze, chcę tylko wyzdrowieć, chcę tylko, żeby te głosy zniknęły.
- Panie Wieśku, proszę odpiąć pacjenta. Pan Konstanty Maj może zacząć leczenie.

Wstałem z łóżka i przeszedłem się wolnym krokiem po sali. Lekarz zmierzył mi ciśnienie, zbadał puls, pomachał palcem przed oczami i zadał kolejne pytanie:

- Czy nadużywa pan alkoholu?
- Ja? Nadużywać?! Nieee. Lubię wypić, ale żeby naużywać, to nie. – powiedziałem z pełnym przekonaniem, że on i tak wie, o co chodzi.
- Proszę nie kłamać. Padaczka alkoholowa nie pojawia się znikąd, panie Konstanty. Przez trzy dni latał pan tu na łóżku jakby egzorcyzmy na panu odprawiano.
- W dzień i w nocy jebał po łóżku, spać nie można było- powiedział młody paranoik siedzący z lewej.
- Nie wtrącaj się Koronny, nie twoja sprawa – zmiarkował go starszy pacjent z prawej.
- Tak, panie Konstanty, jest pan alkoholikiem. Podaliśmy panu detox na odtruwanie. Niestety, jeżeli chce pan dojść do pełni zdrowia psychicznego, musi pan przestać pić. To podstawa.
- Eee, to nie problem, ja nie jestem alkoholikiem – nie wiem dlaczego skłamałem po raz drugi.
- Tak, tak, wy wszyscy tak mówicie. Niech pan teraz pójdzie pod prysznic i doprowadzi się do ładu. Pielęgniarka przyniesie panu niezbędne rzeczy. Jak pan skończy, proszę zgłosić się do mojego gabinetu.

Szpital psychiatryczny przy ulicy Żółtych Kwiatów był starym przedwojennym budynkiem. Sale były duże i miały wysoki sufity. Wilgotne ściany pokryte były grubą warstwą zielonej lub białej olejnej farby. Mimo to gdzieniegdzie widać było duże plamy wciąż odnawiającego się grzyba. Przez całe piętro ciągnął się długi, szeroki korytarz. W centrum znajdował się pokój pielęgniarek i pokój lekarza. Obok palarnia, świetlica, naprzeciwko świetlicy – stołówka. Łazienki razem z prysznicami, damskie i męskie. Sal było dwanaście. W dużych salach mogło pomieścić się aż dziesięciu pacjentów. W małych – luksusowych – salach umieszczanych było najwięcej troje pacjentów.

Oddział dla nerwowo chorych podzielony był na dwie części. Część luksusowa i część społeczna. W części luksusowej znajdowali się pacjenci, którzy płacili za swoje leczenie. W części społecznej upchani byli bezdomni, pijacy lub ci, których po prostu nie było stać na leczenie. Oczywiście znalazłem się w części społecznej. Z uwagi, że byłem pacjentem nowym, znalazłem się w trzyosobowej sali pod szczególną obserwacją, położonej blisko gabinetu lekarskiego. Po wyjściu lekarza poszedłem do łazienki wziąć prysznic. Kiedy szedłem przez sale doznałem szoku. Szok ten zapewne doznał każdy dochodzący do siebie pacjent, który znalazł się w szpitalu psychiatrycznym . Po korytarzu chodziły rzesze niezrównoważonych psychicznie pacjentów. Widok ten może przypominać widok przedszkola, gdzie rozszalałe dzieci bawią się w różne zabawy. Tyle, że w tym przypadku były to osoby dorosłe. Jedni pacjenci obojętnie patrzeli się przed siebie, inni siedzieli przy ścianach, inni krzyczeli, inni chodzili i mówili coś do siebie. Ci którzy krzyczeli byli uspokajani przez pielęgniarki i pielęgniarza Ogra. Chciałem jak najszybciej przejść przez ten tłum nieobliczalnych dorosłych przedszkolaków i zamknąć się w łazience. Kiedy przechodziłem obok Sali pod specjalnym nadzorem, zobaczyłem znajoma dziewczynę. Od razu wiedziałem, że skądś ją znam. Tak. To była Joanna, koleżanka ze szkoły średniej. Zanurzona w innym świecie twarz przemknęła obok mnie niczym senna postać z krainy szaleństw. Jej podkrążone oczy i blada, poraniona cera świadczyły, że jest bardzo chora. Kiedy przechodziła spojrzała na mnie i nie zwalniając kroku patrzała obłąkanym, przeraźliwym wzrokiem prosto w moje oczy. W ręku trzymała pismo święte. Nagle podeszła do mnie i powiedziała:

- Odejdź diable! Szatanie. Idź stąd. Oto Pismo Święte! Nakazuję ci odejść stąd. – powiedziała Joanna po czym dotknęła mnie w głowę Biblią. Z pokoju pielęgniarek wyszedł Ogr i zaprowadził Joannę do sali pod specjalnym nadzorem.

Konstanty Maj

12345678następna >>

Kup ten skrypt na doneta.pl